Dzienniki marcowe
Podczas gdy Polacy cieszą się wolnością słowa, tuż za naszą wschodnią granicą rozciąga się kraina cenzury i zafałszowanej rzeczywistości. Marcowe wybory prezydenckie w Białorusi były okazją do zobaczenia, jak dramatycznie wygląda sytuacja w tym kraju. Jedna z uczestniczek wydarzeń, której nazwisko nie zostało upublicznione, aby nie narazić jej na dalsze represje, napisała dziennik będący ilustracją tamtych dni. Oto niektóre fragmenty:
Jeszcze 28 lutego zobaczyłam na bramie ulotkę - "Milinkiewicz zaprasza na plac Wolności" - i zdecydowałam się pójść. 2 marca spokojnie pracowałam w biurze, kiedy po obiedzie zadzwonił Pasza i bardzo dziwnym głosem (jakiego nigdy u niego nie słyszałam) powiedział, że Aleksander Kazulin próbował przejść przez ochronę, żeby wystąpić na tzw. Trzecim Wszechbiałoruskim Zgromadzeniu Ludowym. Ludowego zebrania bronili jednak przed ludem dosyć gorliwie. Kandydata na prezydenta, już niemłodego inteligenta, byłego rektora wyższej uczelni, za próbę zwrócenia się do społeczeństwa pobili trzej członkowie jednostki specjalnej. Kazulina wepchnęli do samochodu i zawieźli na milicję. Dziennikarzom, którzy to nagrali, próbowano odebrać sprzęt. Skoczyli do auta, na co ochrona odpowiedziała strzałami w przednią szybę i opony. No i w tym momencie poczułam oddech strachu. Pierwsza myśl: jeżeli tak się zachowali wobec znanej osoby, kandydata na prezydenta, miarkują, że wolno im absolutnie WSZYSTKO. A to znaczy, co mogą zrobić z innymi. Zbić, połamać żebra, rozstrzelać.
Następny cios - przykręcanie śruby na trzecim roku. Podczas wyborów prezydenckich zmuszano ludzi, co do jednego, by głosowali przedterminowo. Do prywatnych pokojów studenckich - obojętnie, męskich czy kobiecych - wpadali rankiem wykładowcy z dziekanem. Wyciągali z łóżka o 9 rano i pędzili na wybory. Odmawiającym grozili pozbawieniem akademika lub wydaleniem z uniwersytetu. Tak BYŁO! Nigdy nie zapomnę. Bardzo to, hm, otrzeźwia młodych.




Paweł Mażejka
Relacje