Swierdłowsk
Nie był to pierwszy przebłysk geniuszu radzieckiej polityki cenzorskiej. Do podobnych incydentów dochodziło już w przeszłości. Przenieśmy się w góry Ural oddzielające Europę od Azji. Wśród porośniętych sosnami szczytów leży miasto Jekaterynburg, zwane w tamtych czasach Swierdłowskiem. W tym miejscu, daleko od granic kraju, pod osłoną syberyjskiej tajgi pracowały zakłady produkcji broni biologicznej oficjalnie funkcjonujące pod nazwą "Instytut Problemów Techniki Wojskowej". Na przełomie marca i kwietnia 1979 roku wskutek przeoczenia notki technicznej o potrzebie wymiany filtrów, do atmosfery uwolnione zostały przetrwalniki wąglika. Zarażeniu ulegli głównie pracownicy nocnej zmiany, a z rozkazu miejscowego sekretarza KPZR (który dał się później poznać jako prezydent Borys Jelcyn) zaczęto polewać chodniki i ulice wodą, co tylko zwiększyło mobilność patogenu, powodując kolejne zachorowania. Wypadek został całkowicie zatajony, a gwarantem utrzymania tajemnicy stało się KGB. Władze doniosły, że przyczyną zachorowań było zjedzenie zatrutego mięsa, lecz czemu w takim razie prawie wszyscy zachorowali na najcięższą, płucną odmianę choroby? Sprawę zakamuflowano tym razem tak skutecznie, że do dziś nie jest znana dokładna oraz pewna data wypadku, a nawet liczba ofiar. Rząd podawał liczby 78 zarażonych, w tym 66 zmarłych, ale pracownicy Instytutu mówią o 105 zgonach. W krajach zachodnich zaczęło się o nim mówić dopiero (lub "aż", zależnie od punktu widzenia) w listopadzie. W przeciwieństwie do Czarnobyla, katastrofa ta miała zasięg lokalny, a jej źródło położone było z dala od granic ZSRR. Tylko dzięki temu próba usunięcia tego zdarzenia z historii prawie się powiodła. Rodziny zmarłych nie otrzymały przeprosin, ani dokładnych wyjaśnień do dnia dzisiejszego.
Uwaga: To jest jedynie część artykułu. Komentarze dotyczą całości tekstu.




Czarnobyl
Utajnić katastrofę